21.02.2012

Z Singapurem zawsze jest tak samo ,za każdym razem mamy na "niego" za mało czasu.
Piękny ,nowoczesny ząkatek świata z najlepszymi butikami ,najlepszym metrem jakie widziałam i największa iloscia ludzi gapiących się w ekrany iPhone,tabletów ,laptopów ,telefonów i innych dobroci dwudziestego pierwszego wieku.
Dlatego choc miło i przyjemnie przebywa się w takich "warunkach'to jednak to nie jest to po co wyjeżdżamy...jedziemy dalej .
Zdjęcia z Singapuru sa nudne ,wręcz zastanawiałam się czy wrzucać je na bloga no ale w końcu to maja być zapiski z podróży.

p.s  zageszczenie torebek Louis Vuittona na m2  w Singapurze przewyższa wyobrażenie zwykłej Europejki::)




Wysepka Sentosa










...tam gdzie guma do żucia to istne zło:)






10.02.2012

Kambodza

...od kilku godzin jesteśmy już w drodze powrotnej do domu,ciężko zebrać myśli...ostatnie 3 dni spędziliśmy na praktycznie bezludnej wysepce w Kambodży.Jutro autobus do stolicy Phnom Penh(chyba tak to się pisze) i stamtąd samolot do Kuala Lumpur...ciężko zebrać myśli ,godzina w kafejce kosztuje dolara wiec tak sobie posiedzę nad ta klawiatura ...:)
Kambodża welcome to parafrazująca piosenkę naszego Wodeckiego.
Troszkę tak się czułam będąc w tym kraju bo turystow tu za trzęsienie,Francuzów z małymi dziećmi,kobiet w ciąży, Amerykańców i Rosjan.
Kiedy tak sie jedzie autobusem 11-ta godzinę w autobusie ,który miał być 6 godzin temu na miejscu przychodzą rożne porównania na język...w Kambodży sa "autostrady"w niektórych miejscach ale ogólnie wygląda to tak ze jedzie się autobusem i buja jak na statku na środku morza takie maja drogi,to znaczy dróg jako takich brak...w miejscach turystycznych takich jak Siem Rap większość mówi po angielsku ale tak jest taka masówka ze naprawde można oszaleć ,Kambodżańskie tradycyjne występy tańczących kobiet mieszają się z Poker Face Lady Gagi puszczanej w pubie z naprzeciwko,głośno.gwarnie i oczywisce-" hello mister you want tuk tuk"...znaleźliśmy nawet koszulki z napisami "dont want tuk tuk today and tommorow":)możne ktoś lubi takie klimaty no ja na pewno się do nich nie zaliczam...
nie będę więcej smęcić ,reszta po powrocie zdjęcia i więcej pooczyszczanych myśli:)

3.02.2012

saturday night in Bangkok

....dojechaliśmy,jechalsmy cala noc z Ranong .O godzinie 8 rano miałam ochotę tylko na spanie ale teraz o dziesiątej mam wiejcej siły  i chyba weźmiemy tylko prysznic i biegniemy na miasto....ilu tu pijanych i naćpanych turystów można spotkać o 6 rano ...szok.  powiedziała bym ze nawet czuje się nie swojo widząc białasów w takim stanie ale  zresztą nie będę się o tym rozpisywać bo szkoda mi Bahtow:)
.Zajechalismy ,wynajęliśmy hotel ,kupiłam kartki ,list do Gosi napisałam wiec chyba przedpołudnie upłynęło mi dosyć pracowicie... trzeba się obkupić w tutejszych aptekach w najpotrzebniejsze leki:)żeby nie biegać po recepty w Polsce.Tu można wszystko dostać bez recepty ceny za leki sa bardzo podobne ale jeśli przeliczyć wizytę u lekarza i czas ,który trzeba poświecić na to wszystko w naszej kochanej służbie zdrowia to i tak się opłaca:)Tak wiec moja noc w Bangkoku dopiero się zaczyna ...

2.02.2012

Jutro Bangkok dziś jeszcze Ranong

..właśnie przyszedł pan do kafejki powiedzieć nam ze wszystkie miejsca w nocnym autobusie do Bangkoku są zajęte..kiszka trzeba będzie wymyślić coś innego.Dzis jeszcze idziemy na drinka i pozna kolacje a jutro rano znowu cala szkoła maluchów obudzi nas na pierwszej przerwie .
Dzis rano mieliśmy pobudkę dzieci miały  lekcje muzyki w szkole a tu uwierzcie mi jak śpiewają to cale szkoły...jak ja to uwielbiam.
to co do poczytania:)z Bangkoku

Kawthoung -Birma

Ludzie są bardzo mili ,wszyscy się do ciebie uśmiechają i są troszkę onieśmieleni szczególnie dzieci i kobiety...dzieci maja wypackane buzie takim specjalnym kremem przeciwsłoneczny ,który sobie zakupiłam jak souvenir:)na początku wydawało mi się ze te mazie na twarzy coś oznaczają jaka przynależność  ale to po prostu ochrona przed słońce.
Pochodziliśmy po mieście i chcąc wracać tego samego dnia do Tajlandii musieliśmy pojawić się w burze Imigration przed 3.00 bo potem zamykaj i będziemy musieli zostać tu na noc...nie byłoby w tym możne nic złego ale naprawdę w tym malutkim miasteczku nie ma zupełnie co robić .Jest jeden Hotel ,który zwie się Honey Bear (hotel Miodzio):) ale to cholerstwo zapewne rządowe a my nie do końca mamy ochotę wspierać finansowo birmański  rzad choćby miałaby być to tylko kwota noclegu...dlatego zjawiliśmy się po pieczątkę wyjazdowa przez 15-ta i pojechaliśmy powrotem na Ranong.
Remik jak czasami wypije sobie piwo to wpada w taki dziwny szal zakupowy i to go właśnie dopadło w Birmie....:)chciał kupić sobie jakąś ogromna drewniana dynie na nogach-widelcach,może to i rękodzieło ale cholerstwo wielkie jak moja głowa:) i takie brzydkie ze...on czasami tak ma ,pamiętam jak na Bali koniecznie musiał sobie kupić dwie spółkujące świnki,do tego otwieracze do butelek w kształcie fallusa w rzeczywistych rozmiarach (uwierzcie mi ze panowie pogranicznicy niemieccy mieli niezły ubaw)
Z Moldawii przywiózł mi dzban z dwoma kielichami na szczęście oddaliśmy go komuś w prezencie a teraz ta dynia....:)po moich błaganiach kupił sobie koszulkę ale coś tak czuje ze z ta dynia się jeszcze zobaczę.:)

Ranonog-Tajlandia

Pociągiem do Hati Yai dojechaliśmy w 12 godzin...uwielbiam podróżować Malezyjskimi kolejami...jak wyglądają pociągi malezyjskie? bardzo schludnie ,jest jeden przedział-wagon wdluz ,którego ciągną się łózka .każde ma zasłonkę za którą można się schować...malutkie okienko,lampka no prawi jak w domu:).
Śmieje sie ale naprawdę Polskie koleje nie umywaj się do malezyjskich ...
także po 12 godzinach dojechaliśmy do tranzytowego miasteczka Hati Yai i na piechotką zasuwaliśmy na następny bus station żeby złapać autobus do Ranongu.-udało eis.
Lonly Planet pisze o 6 godzinach jazdy ale to jak zwykle mija sie z prawda bo zajechaliśmy na 20.30 czyli jechaliśmy ponad 8 godzin...autostrady faktycznie maja w Tajlandi ale jak zboczy sie troszkę z kursu i w grę zaczyna wchodzić rozwożenie po okolicznych wioskach t zwanych tubylców to zaczyna się z tego robić 8 godzin a jak widać przewodnik Lonly Planet tego nie uwzględnia:( Usiedliśmy na końcu autobusu za nami siedzieli już tylko buddyjscy mnisi bo oni zawsze maja zarezerwowane miejsca.Siedzę w tej kafejce i co mnie strasznie gryzie w nogi bo oczywisce w butach nie można wejść...rany Julek:)na czym to ja....Ranong to bardzo przyjemne miasto z ,którego łatwo się dostać do Birmy.
Jak sie okazuje MOŻLIWE jest dostanie się do tego państwa droga lądową...dostaje się wizę pass i można wiechac na 15 dni do najbliższego miasta ale warunek jest taki ze nie można wyjachac dalej niz 5 km za obręb miasta.Oczywiście skorzystaliśmy z tej możliwości i pojechaliśmy na jedne dzień do Birmy,lodka za 500 bahtow w jedna stronę..